wtorek, 20 września 2011
Archiwum
Postanowiłem otworzyć tego archiwalnego bloga, do wglądu. Jeśli ktoś nie wie, gdzie znajduje się jego kontynuacja, proszę się odezwać. Pozdrawiam.
czwartek, 31 grudnia 2009
2009!
Rok 2009 był dla mnie najlepszym od piętnastu lat. Przez mgłę pamiętam, że ostatnim rokiem z tak jednoznacznie pozytywnym bilansem był rok 1994 (wtedy dostałem się do liceum). Potem zaczęły się problemy z kobietami, a potem dołączyły do nich problemy z pracą - na przemian skutecznie zatruwały mi one kolejne półtorej dekady.
Pierwszym moim wielkim sukcesem w kończącym się roku była zmiana pracy. Po czterech chudych latach, wreszcie mam pracę, do której chodzę z przyjemnością. Ponadto dzięki niej mam okazję podróżować, co jest dla mnie wielką premią. Tego roku odwiedziłem min. Tbilisi i Kijów - były to wspaniałe wyprawy.
W tym roku wziąłem też ślub. I był on takim jakim go sobie wymarzyłem. Do tego obronną ręką wyszedłem z całej urzędniczej batalii towarzyszącej małżeństwu mieszanemu i do kolejnej bitwy z hydrą przystąpię bogatszy o nowe doświadczenia.
Udało mi się też reaktywować moje ukochane hobby, RPG. Wymagało to trochę gimnastyki, znalezienia nowych graczy i mistrzów, powiercenia ludziom dziury w boku, ale suma summarum się udało - są widoki na przyszłość.
Jedyne co w tym roku nie wyszło tak jak chciałem to wyprawa w góry - co prawda wypad z Tatą w Małą Fatrę był bardzo udany, ale trzy dni w górach, z czego tylko dwa dni w marszu, to dla mnie trochę za mało. Jednak dawni towarzysze zapewniają, że w przyszłym roku znów ruszymy na szlak. Na celu mamy Gorgany, dzikie góry Ukrainy.
Postanowienia na przyszły rok:
1. Schudnąć - nie wymaga komentarza.
2. Więcej czytać - w 2009 r. przeczytałem tylko 10 książek, co jest najgorszym wynikiem od kilku lat, czyli odkąd prowadzę statystykę. Gdybym poświęcał połowę czasu, który spędzam przed Internetem na czytanie, spokojnie podwoiłbym wynik.
Wszystkim czytelnikom LzM życzę wszelkiej pomyślności, aby ścieżki po których będziecie wędrować były proste a pogoda sprzyjała. Wszystkiego najlepszego w nowym roku!
czwartek, 17 grudnia 2009
Wyprawa kijowska
Wróciłem ledwie z Kijowa i za nim na Pana naszego narodzenie do rodzinnej Małopolski ruszę, rzeknę Wam słów parę o tej wycieczce.
Naszej wyprawie przewodziła szwedzka szlachcianka, poddaną księcia Finlandii będąca. W skład orszaku weszli oprócz mnie huzar węgierski, brytyjski lord wraz ze swą dwórką oraz Ulsterczyk. Na miejscu powitała nas opłacona przez księcia austriackiego księżniczka ruska, urody wielkiej. Do Kijowa zjechali Kozacy z pogranicznych stanic. Uczyliśmy ich jak niesfornych Tatarzynów, co w granice państwa hetmańskiego się wedrą, precz gnać do siebie. Książę austriacki jak zwykle na poczet wyprawy chojnie nas uposażył i wiele florenów w kiesach naszych po powrocie zostało. Z racji tego, iż mowy ruską i kozacką znam, wielkim rezonem się cieszyłem i służyłem pomocą gościom z krajów zachodnich.
Gdym już wygłosił mowy swe, z owym Ulsterczykiem do karczmy się udaliśmy. Przy szklanicy spytałem go o nazwę jego grodu. Gdy rzekł "Derry", wiedziałem już, że wiarę on naszą wyznaje, bo przeca innowiercy inaczej gród ten zwą. Spytałem go więc o to, co mnie frapowało. Czyż nie jest jak kowadło na piersiach dlań to, że królowej brytyjskiej służy, która przecież tak nieprzychylna jest katolikom. I powiedział on ze smutkiem, że w jego rodzinnym Ulsterze katolicy wciąż cierpią prześladowania a anglikanie i prezbiterianie, nie dopuszczają ich do godności i urzędów. Osobliwie jednak, większą łaską wyznawcy naszej wiary cieszą się na samym dworze królewskim w Londynie. Za chlebem więc tam ruszył i wierną służbą koronie, uznanie zdobył. Szepnął jednak mi słowo, że ilekroć gdy turnieje ogląda, cieszy się niezmiernie gdy rycerz Albionu z konia spada i że chciałby aby stare Królestwo Eire, znów było jednością. Niejeden kufel lwowskiego piwa za to w górę wznieśliśmy.
Gdym wrócił na Zamek Królewski rzekli mi, że wyprzedził mnie goniec przez szwedzką panią wysłany. Przywiózł on list, w którym wielce mą osobę chwaliła. Pismo to na biurko podkanclerzego trafiło, co wielce dla mnie korzystnym jest. Fortuna się do mnie uśmiechnęła po raz kolejny, zaiste, dobrze się ta zima zaczyna.
sobota, 05 grudnia 2009
Potyczki u progu zimy
Udało mi się usunąć zapach ogórków ze słoików, z czym nie mogłem sobie poradzić od tygodni. Sposób - wypełnić słoiki na dwadzieścia minut wodą z dodaną i wymieszaną jedną łyżeczką musztardy.
Udało mi się zaszyfrować access pointa. Za diabła nie mogłem wbić się na panel konfiguracyjny. Jakiś tajemniczy boss podpowiedział "wpisz magiczne IP 192.168.100.20" i zniknął. Inni bossowie zdumieli się jakie jest uzasadnienie tej rady. Ale podziałało!
Bank zgodził mi się dać kartę kredytową. Z racji tego, że będzie miała ona na sobie reklamę Rossmana, będzie kosztować o 8 zł mniej w skali roku. Paryż wart jest mszy ktoś mądry rzekł...
TPSA, abym zbytnio nie utwierdził się w zachwycie nad nią, przysłała rachunek za instalację i pierwsze dwa miesiące korzystania ze swych usług w wysokości 500 zł. Na błękitnej linii dowiedziałem się, że konsultantka, którą tak chwaliłem, zapomniała zaznaczyć w papierach, żeby opłatę za zawieszenie telefonu rozbić na rok...
sobota, 14 listopada 2009
Wbrew uprzedzeniom
Niegdyś skrót TPSA był dla mnie niemalże synonimem szatana. Czasy się jednak zmieniają i sam szatan chyba im się nie opiera...
Ostatnio skończyła mi się umowa na Internet z Asterem (dla czytelników spoza Warszawy – jest to jeden z dwóch największych prywatnych operatorów w mieście) i zacząłem otrzymywać niemal dwukrotnie wyższe rachunki (zamiast 84 zł, 141 zł). Ponieważ wynajmuję mieszkanie i nie wiem kiedy je opuszczę, poprosiłem wynajmującego aby wypowiedział kontrakt. W Warszawie niektóre dzielnice pokryte są kablami Astera, niektóre UPC, niektóre obu providerów a niektóre w ogóle. Wiążąc się więc z Asterem ryzykowałbym, że kiedyś wyląduję w dzielnicy nie zdobytej przez niego i musiałbym wówczas płacić pieniądze, do końca trwania umowy, w próżnię. Tym samym stanąłem przed problemem znalezienia nowego dostawcy. Warunek był jeden – w razie Niemca, nie mogłoby być problemów z przeniesieniem łącza.
Pierwsze co mi przyszło na myśl to Internet bezprzewodowy. Jednakże program do mierzenia transferu szybko wykazał, że przy korzystaniu z sieci przez koleżankę małżonkę (telewizja w streamingu) limity przesyłu danych by nas zeżarły.
Powoli zaczynałem wpadać w panikę aż w końcu przyszła mi do głowy dziwna myśl – a może Neostrada? TPSA ma kable wszędzie. Więc może ich chociaż spytać, co oferują?
Nieco bez wiary zacząłem badać ich ofertę. I zostałem niezmiernie mile zaskoczony. Konsultanci potraktowali mnie znakomicie. Okazało się, że za poniżej 100 zł mogę mieć Internet o prędkości 1Mbit (w zupełności mi wystarczający) oraz telewizję w umowie na rok. Z przenoszeniem nie ma najmniejszych problemów – wszędzie są kable a warunki przeniesienia są zupełnie bezbolesne. A nadto umowa na rok generuje minimalnie wyższe koszty miesięczne niż dwuletnia.
Monter przyszedł do mnie po dwóch dniach po złożeniu zamówienia. Założył mi linię telefoniczną w 15 minut. Następnie w salonie wręczono mi modem i dekoder, które sam zainstalowałem sobie w pół godziny. Cała operacja podłączenia trwała krócej niż tydzień. Konsultantka prowadząca sprawę dzwoniła do mnie na bieżąco, informując jaki jest stan zakładania usługi. Suma sumarum, nie dość, że dostałem przyzwoity dla mnie Internet (śmiga zupełnie nieźle i to w wi-fi), to jeszcze nieoczekiwanie doprowadziłem sobie kablówkę (skromną, ale Euronews, BBC World, 3 kanały rosyjskie i brak zakłóceń po 3 latach z anteną pokojową, to dla mnie spory cymes).
Gdy przypomnę sobie jak wyglądało zakładanie samego Internetu w Asterze, włos mi się na głowie jeży. Mordowałem się z nimi 3 tygodnie, najpierw dopraszając się o przysłanie monterów a potem przyjmując kolejnych, ponieważ przysłani w pierwszej kolejności mieli problemy ze wszystkim. Dodam jeszcze, że rzekoma prędkość "od 3 do 6 Mbit" w wydaniu Astera generowała kilkukrotnie niższe transfery niż 1Mbit w Neostradzie.
Nie taki diabeł straszny jak go malują. Nie warto ulegać uprzedzeniom. Rzekomo złodziejski monopolista, okazał mi bardzo pozytywne oblicze.
środa, 11 listopada 2009
Niepodległość
Dzisiaj dzień niepodległości. Obejrzawszy dwa serwisy informacyjne w telewizji, naszły mnie dwie refleksje, którymi chciałbym się podzielić.
Z pierwszej wynika pytanie - dlaczego w doniesieniach medialnych, nie padło ani razu nazwisko Romana Dmowskiego? Polska niepodległość miała wszakże dwóch ojców. W równym stopniu walczyli oni o wolną Polskę - Piłsudski szablą, Dmowski piórem. Gdyby nie jego talent dyplomatyczny, znajomość języków i salonów, które w pełni wykorzystał dla sprawy polskiej na konferencji wersalskiej kończącej pierwszą wojną światową, wolnej Polski by nie było, albo przynajmniej byłaby tak mała i słaba, że nie oparłaby się potem bolszewickiej nawale. Nie byłoby dlatego, że Francuzi i Anglicy przypuszczalnie nie wiedzieli za bardzo gdzie Polska leży, a jeśli wiedzieli, to pewnie sądzili, że żyją w niej dzikusy co mieszkają w lesie. Nikt inny a Dmowski, wyprowadził ich z tego błędu, co miało dla nas znamienne skutki.
Druga zaś refleksja, z której nie wyciągam żadnych wniosków, jest taka, że obraz naszego niepodległości odzyskania ukazywany w mediach nie jest do końca prawdziwy. Polska wg mnie nie odzyskała niepodległości własnymi siłami. Wszystkie nasze powstania okazały się militarną katastrofą (choć ich roli w utrzymaniu świadomości narodowej nie sposób przecenić). Polska odzyskała wolność przypadkiem. Nasi ciemiężcy najpierw sami na wzajem się straszliwie poranili (wygrana Niemców z Rosją) a następnie ktoś inny ich ostatecznie powalił (zwycięstwo Francji i Anglii nad Niemcami i Austrią). Mieliśmy szczęście (któremu to fakt, potrafiliśmy pomóc). Skorzystaliśmy na grze, w której nie braliśmy udziału (choć i tutaj przypomnę, że aby obronić utarg z tej gry, musieliśmy zagrać w kolejną - mam na myśli wojnę bolszewicką - i tu już sami odnieśliśmy wielkie zwycięstwo).
niedziela, 08 listopada 2009
Progi Tolerancji
Przeczytane: Bronisław Kijewski, "Progi Tolerancji". Opowiadania Sci-Fi, doby PRL-u. Mroczne (z dwoma wyjątkami, satyrycznymi), kafkowskie. Utwierdzam się w przekonaniu, że w czasie i obszarze działania komunizmu, powstawała najlepsza literatura Sci-Fi. Cenzura wypychała ją na pozycję jedynego gatunku, w którym w miarę w nieskrępowany sposób można było przemycić krytykę systemu i wszelkie niepokoje o przyszłość. Jeśli widzicie u śmietnikowych dziadków na łóżkach polowych charakterystyczne pozycje Wydawnictwa Poznańskiego z lat 70-tych - nie wahajcie się wyłożyć paru złotych.
środa, 30 września 2009
Pozory i kompleksy

Wędrowiec, który dotrze do doliny Vratnej w paśmie Małej Fatry na Słowacji, ujrzy dwa majestatyczne szczyty. Velky Rozsutec zdaje się ku niemu groźnie szczerzyć kły. Stoh sprawia wrażenie, jakby jowialnie się uśmiechał. Mądrość górska polega na tym, że bardzo często wygląd jest złudny. Postrzępiona skała, choć wymagająca, często nie zaskoczy turysty nerwowymi sytuacjami. I na odwrót rzecz może się mieć w przypadku trawiaste kopuły. Velky Rozsutec i Stoh nie okazały się pod tym względem wyjątkowe. Pierwszy, choć wycisnął z nas sporo potu, ani razu nie stworzył niekontrolowanych zagrożeń. Łańcuchy i drabinki dawały pewność, że twardo stąpamy po wytyczonej drodze. Stoh natomiast, okazał się podstępnym. Niewinnie wyglądający na mapie szlak, biegnący jego stokiem, na który zdecydowaliśmy się, gdy zaczął gonić nas czas, kosztował nas wiele nerwów. Ścieżka biegnąca ciągle nad stromym zboczem była bardzo śliska. Świerkowy las na północnym boku trawiastej góry nie przepuszczał zbyt wiele światła. Stąd wilgoć pokrywająca kamienie na wąskiej dróżce, będąca dla nas nie lada utrapieniem. Szczęście nam jednak dopisało i bez kontuzji, dotarliśmy, co prawda już w nocy, do ludzkich osiedli. Zapraszam do obejrzenia galerii (link pod zdjęciem).
Słowacja, kraj mały, sielski i spokojny, jakby nieco prowincjonalny, wpędza mnie od pewnego czasu w kompleksy. W pierwszej kolejności sprawiają to góry Słowacji, przy których nasze wydają mi się jakieś znacznie mniej poważne, uboższe (zarówno pod względem ukształtowania jak i przyrody), mniej urozmaicone, żeby nie rzec, nudniejsze.
Ale w kompleksy wpędził mnie też mały barek w Białym Potoku, na samym krańcu wsi Terchova. W barku tym, słowacki drwal w seledynowej kurtce z ortalionu, płacił za trunki w euro. Jak to się stało, że kraj, który jeszcze niedawno zdawał się zostawać w tyle integracji europejskiej, został dopuszczony do strefy waluty, która przy wszystkich argumentach przeciwko niej, tak ułatwia życie?
W kompleksy wpędzało mnie też to, co ów drwal zamawiał. W Polsce alkohol ma jeden cel - upodlić. Dlatego też świat alkoholi przeciętnego Polaka ogranicza się do dwóch napojów - sakramencko mocnego jak na skalę światową lagera i wódki. Na Słowacji alkohol ma również smakować. Dlatego obok lagera, gość szynku uświadczyć może również portera oraz piwa pszenicznego. I to nie wyłącznie w snobistycznych pubach, w centrach największych miast, lecz również w najbardziej zapadłych szynkowaniach na wsi. I nie za dwukrotność owego lagera ceny, lecz za cenę tę samą. Piwo słowackie jak w większości innych krajów, rzadko miewa w sobie więcej niż 4% alkoholu. Jeśli jednak konsument chce szybciej usłyszeć szum w uszach, może za centy poprawić efekt kieliszeczkiem jakiegoś pysznego specjału, takiego jak gruszkówka, śliwowica lub moja ulubiona Demänovka.
Niezmiernie zazdroszczę braciom z południa ich kultury picia i ich gór. Dobrą stroną Schengen jest to, że mogę bez przeszkód raz w roku z nich korzystać.
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Moja rocznica
23 sierpnia br. stuknęło mi pięć lat pracy dla mojego kraju. Wkrótce na konto powinien zacząć wpływać zasłużony dodatek za wysługę. Siłą rzeczy ogarnęła mnie zaduma, a fala wspomnień porwała na chwilę swoim nurtem.
Platon mawiał, że świat w którym żyjemy to tylko odbicie świata idei. Posiłkując się jego modelem, mogę powiedzieć, że dla pracownika służby cywilnej światem idei jest jego umowa o pracę. Moja leży gdzieś głęboko w sejfach magów kadrowych. Pokreślona jak klasówka, z wieloma adnotacjami. Magiczny art. 33 ustawy, umożliwiający natychmiastową teleportację robotnika do innej fabryki, oddziaływał na mnie już trzy razy, przenosząc mnie między trzema instytucjami i czterema komórkami organizacyjnymi.
Pierwsze dwa lata walczyłem z flautą. Kolejne dwa to okres sztormów i niepogody. Piątego roku chwyciłem wiatr w żagle i od pół roku nareszcie trzymam kurs.
Pamiętam jak dziś tamten słoneczny dzień, gdy poczciwy major wprowadzał mnie na teren sztabu. Byłem pełen wiary i nadziei, czułem że świat stoi przede mną otworem. Mówiłem sobie, że praca w administracji rządowej to tylko rozwiązanie tymczasowe, że na razie trzeba się gdzieś na chwile zakotwiczyć, nabrać doświadczenia. I że za rok mnie tu nie będzie.
Gdyby dziś ktoś mi powiedział, że nie będzie mnie tu za pięć lat, nie byłbym już taki kategoryczny. Jak widać prowizorka staje się często rozwiązaniem na lata.
sobota, 01 sierpnia 2009
1 sierpnia
W debacie publicznej w Polsce pojawił się bardzo cenny głos. Niestety listu prezydenta Stalowej Woli Andrzeja Szlęzaka do Wojewody Podkarpackiego, w sprawie rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego nigdzie w Internecie znaleźć nie mogę. Przytaczam więc dwie relacje prasowe, w których cytowane są jego fragmenty.
www.tvn24.pl, 19:12, 30.07.2009 /PAP
- Który normalny naród buduję swoją tożsamość na klęskach? - pyta prezydent Stalowej Woli, który żąda od wojewody zwolnienia z obowiązku uczczenia syrenami alarmowymi rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Prezydent twierdzi, że obowiązkowe włączenie syren 1 sierpnia jest "manipulacją rodem z PRL". Rzecznik wojewody twierdzi natomiast, że włączenie syren - oprócz hołdu - jest dobrą okazją na... sprawdzenie, czy urządzenia działają. (...)
- Jest to zmuszanie metodami administracyjnymi do czczenia kolejnej katastrofy militarnej i politycznej w naszych dziejach. Który normalny naród buduję swoją tożsamość na klęskach?
Dodaje, że - w jego opinii - patriotyzm trzeba budować w oparciu o tradycję, m.in. Centralnego Okręgu Przemysłowego, który był przedsięwzięciem pokazującym rozmach i skuteczne działanie dorównujące najnowocześniejszym rozwiązaniom technicznym i organizacyjnym na świecie. - W oparciu o taką tradycję chcemy budować nasz patriotyzm. Z niej możemy być dumni (...), a nie z szaleńczych zrywów od początku skazanych na bezprzykładną katastrofę militarną, polityczną i humanitarną.
Gazeta Wyborcza, 2009-07-30, Rzeszów
Powstanie Warszawskie Szlęzak nazywa "szaleńczym zrywem od początku skazanym na bezprzykładną katastrofę militarną, polityczną i humanitarną", który "nie buduje w świecie obrazu Polski jako kraju, w którym myśli się racjonalnie i działa skutecznie".
|
LICZBA ODWIEDZIN:

|